== Woodstock 2016 ==

Po raz kolejny już Załoga Mobilnego wyruszyła na Woodstock. Oczywiście wymagało to przygotowań technicznych (o których przeczytacie TU), organizacyjnych i aprowizacyjnych, ale to już tradycyjne części wypadów na Woodstock, więc tym razem poszło całkiem sprawnie.

Załogę w tym roku stanowili 2PEM, Kądziu, Pilit, Borek i Dawid. Ruszaliśmy po poniedziałkowym zmierzchu, tak aby nie jechać w upale i na wtorek rano być już na miejscu.  Plan podróży był prawie identyczny jak w zeszłym roku… prawie. Najpierw na Bielanach zjawił się Dawid, który przyjechał porannym pociągiem z Dolnego Śląska. Razem z nim, zaraz po zapadnięciu zmroku, 2PEM podjechał po Pilita i dalej po Kądzia. Tu niestety pojawił się pierwszy zgrzyt bo 2PEM (do czego się tu publicznie przyznaje) pomylił ulice i czekał na Kądzia nie w tym miejscu gdzie trzeba… SORKA !!! W czterech ruszyliśmy w kierunku zachodnim, Autostradą Wolności (skąd do cholery ta nazwa ?). Za kierownicą ROSa siedział Pilit, który prowadził aż do Ozorkowa (wioska pod Łodzią), gdzie dołączył do nas ostatni członek Załogi, czyli Borek. Dalsza podróż, upływała pod znakiem autostrady i opadów deszczu, które były dość uciążliwe, ponieważ z ROSowymi wycieraczkami nie jest najlepiej. Na szczęście, mimo że burze krążyły, pioruny błyskały, grzmoty waliły (przynajmniej tak nam się zdawało, bo w ROSie nie dużo słychać przez hałas silnika 😛 ) dużo nie padało na naszej trasie.

Z autostradą i Pilitem za kierownicą pożegnaliśmy się w Koninie, gdzie jak zawsze zjechaliśmy na starą dobrą drogę krajową numer 2. Kierunek jednak się nie zmienił i dalej jechaliśmy w na zachód. Za kierownicą zasiadł 2PEM. Droga była prosta, pusta i jechało się całkiem przyjemnie do momentu gdy… padły światła drogowe. Jak to się stało ? Wtedy na trasie, w środku nocy nie mieliśmy pojęcia. Sprawdziliśmy oczywiście bezpieczniki i żarówki ale były dobre. Nie wiedząc co się stało i będąc w połowie trasy postanowiliśmy kontynuować dalszą podróż używając na zmianę świateł postojowych (gdy jechaliśmy tuż za tirem) lub długich (gdy tir nas zdradził i skręcił sobie z naszej trasy… bezczelny). Na szczęście już w Poznaniu wstało słońce… w sensie, że my byliśmy w Poznaniu, gdy słońce wstawało gdzieś na wschodzie… i światła stały się mniej potrzebne 😉 Za Poznaniem jazda była już czystą przyjemnością. Załoga w większości spała, lub przysypiała, lasy Lubuskiego ciągnęły się po obu stronach drogi, no i było kompletnie pusto więc mogliśmy wydusić z Mobilnego pełną prędkość… czyli jakieś 110 km/h 😛

Do Kostrzynia dojechaliśmy kilka minut przed szóstą, co jak się okazało było problematyczne, bo większości sklepów otwierają dopiero o 7.00, a nie bardzo chcieliśmy tracić całą godzinę na jakimś bezsensownym parkingu. Po co był nam sklep ? Pierwszy plan był taki, że zaopatrzenie nabędziemy w Tesco we Wrześni, w którym robiliśmy zakupy pierwszy raz jadąc na Woodstock. Niestety oszukano nas haniebnie !! Mimo iż w Internetach napisane było, iż sklep ten działa 24/h na dobę, to w rzeczywistości działał do 24.00. Musieliśmy więc zdobyć zaopatrzenie w samym już Kostrzynie bo niewiele jest dobrze zaopatrzonych nocnych na trasie… w sensie że wcale ich nie ma. Na szczęście od 6.00 działał dobrze zaopatrzony sklep, co zwie się Netto. Tam zakupiliśmy niezbędne towary w postaci jedzenia i picia i ruszyliśmy na Woodstock.

W związku z nowymi przepisami bezpieczeństwa (kompletnie bezsensownymi) nie mogliśmy stanąć w naszym standardowym miejscu. Udaliśmy się więc w kierunku „Pola Malinowskiego” gdzie miały zmieścić się wszystkie Woodstockowe pojazdy. Dojazd na miejsce nie był łatwy. Miejsca przy drogach i dróżkach były w większości zajęte. Miejsca pod lasem dającym cień, były zajęte wszystkie… Stwierdziliśmy więc, że skoro przy drodze ani przy lesie nie staniemy, to rozbijemy się przynajmniej tak, żeby było blisko na sam festiwal. Objechaliśmy więc wszystko w kółko, wypuściliśmy pieszych zwiadowców i rozpoczęliśmy poszukiwania dogodnego miejsca. Razem z nami miejsca poszukiwał niebieski, odpicowany jak 150 VW Transporter trzeciej generacji, z dwoma parkami w środku. Pierwsza z nich to Michał (kierowca) i Dominika, a druga to Grześ i Martyna (prawdziwa Śląska czarownica, potrafiąca swym nastrojem zmieniać pogodę !!!) Po rozeznaniu się w okolicy i oszacowaniu czy lepiej stać na górce (pizga wiatrem i deszczem), czy w dolince (deszcz spływa z góry w dolinkę) wybraliśmy… szczyt górki. Był prawie płaski więc dało się postawić i ROSa i namioty. Dodatkowo Ślązaki z niebieskiego VW nie dogadały się z Niemcami rozbitymi 100 metrów dalej (straszne fleje były z tych Niemców) i dołączyły do nas. Dzięki temu ROSowisko było w tym roku bardzo wypasione. Składało się bowiem z 2 stojących równolegle busów pomiędzy, którymi rozciągnęliśmy plandekę, która wraz ze szkieletem zeszłorocznego namiotu tworzyła zadaszenie. Ściany doczepione do szkieletu tworzyły ochronę od wiatru i deszczu (których w tym roku było dużo… dużo za dużo) co było bardzo istotne albowiem nie chcieliśmy, aby zamókł nam nasz pomarańczowy dywan w żyrafki 😀 W tym roku bowiem, oprócz kanapy z ROSa, narożnika, krzesełek, hamaka i stolika zabraliśmy również dywan 😀 Razem z ekipą WV stworzyliśmy więc dość sprawnie i szybko obozowisko na miarę naszych czasów i możliwości 😉

A co z samym Woodstockiem ? Otóż ekipa z VW okazała się dobrym towarzystwem imprezowo-melanżowym, o czym jednak pisać dokładnie nie będę z przyczyn oczywiście oczywistych 😉 Dość powiedzieć, że po raz kolejny zdarzało się, że trzeba było walczyć z dniami na raty i dwa wtorki, czy czwartki nie były niczym nadzwyczajnym. Warto jednak wspomnieć o tym, że oprócz ekipy z VW dotarły do nas również dziewczęta z Bydgoszczy (Ania i Daria), które pierwszy raz były na Woodstocku. Co ciekawe twierdzą, że coś nawet pamiętają z tego wyjazdu… choć ja pewności nie mam 😉

Przebieg Woodstocku możecie obejrzeć na filmach i zdjęciach niżej. Zdjęć za dużo nie ma ale za to są dwa filmy. Jeden pokazuje „koncert pod kontenerem”, który Grześ (z ekipy VW) zagrał na drodze z Dużej Sceny na wioskę ASP, a drugi pokazuje ROSowisko i „poziom 4″…  Zdjęcia pozostawię  bez komentarza albowiem… no powiedzmy, że go nie wymagają 😉

 

20160712_204954 20160713_141409 20160717_100532 13941112_1260615930623666_544971822_n 13933181_1260615923957000_661944179_n 13884306_1260615857290340_1058138375_n 13936715_1260615847290341_1705832724_n

Powrót w niedzielę był męczący, choć bywały gorsze 😉 Pierwszym problemem był wyjazd z pola namiotowego. Masa ludzi spała jeszcze smacznie w namiotach, gdy my zebraliśmy majdan i chcieliśmy ruszać do domu. ROS co prawda poradził by sobie właściwie z każdym namiotem, ale wiedzieni duchem Woodstocku, nie chcieliśmy rozjeżdżać bogu ducha winnych namiotów… nie wspominając o ludziach w nich śpiących. Trzeba więc było wypuścić pieszych zwiadowców, żeby wytyczali trasę między namiotami. Drugą przeszkodą było zbocze górki, na której byliśmy rozbici. Otóż okazało się, że zbocze jest pochylone !!! Nikt z nas nie mógł przecie wcześniej przypuszczać, że górka jest pochyła… Jak ona śmiała !! Zresztą nie było by w tym nic strasznego gdyby nie to, że trasa prowadziła w poprzek zbocza, porośniętego mokrą trawą i przez to „dość” śliskiego. Powodowało to, że Mobilny jadąc naprzód, jednocześnie ześlizgiwał się w dół zbocza. Nie mniej jednak dzięki dużym oponom, umiejętnym manipulowaniu gazem i biegami, udało nam się wyjechać i nikogo przy tym nie tylko nie zabić, ale nawet nie uszkodzić 😀

Gdy myśleliśmy, że już nic nas nie powstrzyma okazało się, że panowie w niebieskich mundurkach zorganizowali objazdy… Dzięki temu udało nam się zwiedzić Gorzów Wielkopolski i nadłożyć jakieś 50 km drogi. No ale prawie nie staliśmy w korkach więc w sumie wyszło na jedno. Niedziela była słoneczna, dzięki czemu jechało się bardzo przyjemnie. Na jedzonko stanęliśmy w knajpie pod Poznaniem, w której zjedliśmy bardzo dobre i duże obiadki, w bardzo rozsądnej cenie 😉 Prowadzenie ROSa najpierw przypadło 2PEM, a po zjeździe na autostradę Pilitowi. Do Domu dojechaliśmy jakoś koło 20.00. Najpierw odwieźliśmy Kądzia, potem Pilita, a na końcu z Dawidem zamelinowaliśmy się u mnie. Borek musiał niestety opuścić nas dzień wcześniej z powodów służbowych L No i na tym historia Woodstockowa zazwyczaj się kończyła, ale tym razem miała ona swój epilog. Dawid musiał bowiem o 5.00 rano być na lotnisku, aby złapać samolot do Egiptowa. Po przyjeździe, zjedliśmy chińczyka, kimneliśmy się 4 godziny i znów wsiedliśmy w ROSa. Jazda była… zajebista !!! W 20 minut przejechaliśmy z Bielan na Okęcie 😀 Jak by zawsze można było tak jeździć po Warszawie, to było by pięknie J Tak czy siak po odstawieniu Dawida na lotnisko i powrocie na Bielany Woodstock oficjalnie się zakończył… przynajmniej dla ROSa, bo Dawid musiał jeszcze przelecieć pół Europy i morze Śródziemne, ale to już zupełnie inna historia…

Reklamy

Trzecia ROSowa wyprawa na Woodstock

Tak jak obiecaliśmy dodajemy kolejne wpisy aby przywrócić ROSowego bloga do życia. Tym razem relacja z trzeciej już ROSowej wyprawy na Przystanek Woodstock.

DSC_0012Tym razem na Woodstock jechaliśmy na 2 samochody. ROS z 2PEM, Pilitem, Pedo i AnnąB (autostopowiczka z BlaBlaCar) wyruszył z Warszawy we wtorkowy ranek. Do Konina jechaliśmy autostradą, po drodze łapiąc Borka, który był ostatnim członkiem Załogi. W Koninie zjechaliśmy z autostrady i jechaliśmy starą trasą na Poznań i dalej w kierunku Niemieckiej granicy. Podróż upływała pod znakiem imprezy, z piwkiem, muzyczką i coraz niżej latającymi żartami 😉
Po zakupach w Kostrzyniu napotkaliśmy pierwszą przeszkodę w postaci patrolu Żandarmerii drogowej, która odmówiła ROSowi wjazdu na Woodstock. 2PEM i Pedo ruszyli piechotą aby zdobyć przepustkę. Gdy jednak doszli na teren festiwalu okazało się że Pilitowi udało się przekupić wojaków obietnicą dużej flaszki i wjechać na teren festiwalu. Zaznaczyć trzeba że flaszkę wypić z żołnierzami chciał ale niebyło mu to dano, albowiem „zgubił poczucie czasu” 😀

Po znalezieniu wystarczająco dużego miejsca i rozpoczęliśmy proces rozbijania ROSowiska. Na nasz obóz składało się sześc namiotów, narożnik, tylna kanapa ROSa, zestaw składanych krzesełek, gril, polowa kuchenka gazowa, liczne skrzynki, paczki, torby i oczywiście sam Mobilny. Część główna była zadaszona za pomocą systemu plandek przymocnowanych z jednej strony do ROSa a z drugiej do specjalnie przygotowanych rurek PCV.

Sam proces rozbijania był długi i dość skomplikowany. Załoga walczyła dzielnie lecz prace nie posuwały się zbyt szybko. I wtedy pomoc nadeszła z niebios… w rozbijaniu ROSowiaska pomogli nam wszechobecni Jezusowcy. Trzech gości i komenderująca nimi dziewczyna byli niezwykle przydatni przy trzymaniu sznurków, naciąganiu plandek, wbijaniu śledzi i innych prostych czynnościach 😉

aaaChwilę po rozbiciu obozowiska dojechała druga część naszej Woodstockowej wyprawy w osobach 1PEM, Patryka i Kądzia. Przyjechali oczywiście na gotowe tłumacząc się przejazdem samochodem pod samą sceną… leniuchy.

ROSowisko dzielnie chroniło nas przed deszczem, wiatrem i przede wszystkim upałem. Co prawda po kilku dniach nie wyglądało już tak idealnie jak na początku lecz nadal spełniało swoje funkcje.

W tym roku nie dotarła do nas niestety zaprzyjaźniona ekipa motocyklowa z Trójmiasta ale za to poznaliśmy dwie dziewczyny które na Woodstock przyjechały aż ze Szwajcarii !!! Użyczyliśmy im miejsca pod namiot na ROSowisku i wspólnie ruszyliśmy na koncerty.

Przebieg festiwalu lepiej ukazują zdjęcia niż opowieści, więc wrzucamy fotki, które robili Patryk i Pilit.

 

 

dsc_0006-e1409410025594dsc_0003dsc_0014DSC_0020 DSC_0019 DSC_0018 DSC_0032 DSC_0031 DSC_0030 DSC_0028 DSC_0022 DSC_0023 DSC_0024 DSC_0026 DSC_0017 DSC_0016 DSC_0011 DSC_0015 DSC_0009 DSC_0008 DSC_0007 DSC_0005 DSC_0001

DSC_0002

DSC_0004W niedzielę rano w godzinkę zwinęliśmy ROSowisko, posprzątaliśmy okolice (cztery 120 litrowe worki puszek i butelek 😉 )i ruszyliśmy w trasę. ROSem wracali 2PEM, Pilit, Borek, Kądziu i AnnaB. Podróż rozpoczęliśmy od śniadania w zaprzyjaźnionej knajpie, wyposażonej w to czego na festiwalu brakowało najbardziej czyli piękny ceramiczny klozet 😀

Znów do Konina jechaliśmy drogami lokalnymi a potem zjechaliśmy na autostradę. Powrót do Warszawy z licznymi przystankami trwał 10 godzin. ROS spalił dwa pełne baki ropy co daje troszkę ponad 10 litrów na 100 kilometrów. Trochę sporo ale duży wóz musi dużo palić 😉

Podsumowanie całości ? Jedno zdanie. Kto nie był niech żałuje !!!